"Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: JESTEM, KTÓRY JESTEM. I dodał: Tak powiesz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was. (...) To jest imię moje na wieki i to jest moje zawołanie na najdalsze pokolenia". (Wj 3, 14-15)

wtorek, 9 listopada 2010

Żywy Kościół

Cieszę się, że reaktywacja naświetlonego bloga przypada w święto poświęcenia bazyliki na Lateranie. To święto całego Kościoła, bo Lateran jest "matką" wszystkich kościołów na świecie, ponieważ tu jest katedra Biskupa Rzymu - Papieża. 
Myśląc o tej wspaniałej bazylice, w której rok temu, jeszcze jako diakon, mogłem czytać Ewangelię podczas Eucharystii (w trakcie rekolekcji Oazy Nowego Życia III st.), myślę o Kościele. O Kościele, który jest zbudowany z żywych kamieni (por. 1 P 2, 5); który jest piękny będąc żywą wspólnotą. To jest mój Kościół. Kościół, który odkryłem, a może raczej, który został odkryty przede mną; który mnie zafascynował. Żywy Kościół, w którym odkryłem Żywego Boga. Nie wyniosłem pobożności z domu, nie byłem mocno zakorzeniony w tradycyjnym katolicyzmie. Jeśli coś mnie mogło poprowadzić do wiary żywej, to tylko doświadczenie jej żywotności, która pociąga. 
Bóg stawia na mojej drodze wspólnoty Żywego Kościoła (Ruch Światło-Życie, Odnowę w Duchu Świętym, Chemin Neuf, Wspólnotę św. Tymoteusza, Dzieci Światłości, Focolare...) i ludzi ogarniętych Życiem - zarówno tych, którzy już osiągnęli pełnię życia, jak np. sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki, czy Chiara Lubich, jak i tych, których spotykam jeszcze osobiście (ich pozwolę sobie zachować w sercu). To jest właśnie mój Kościół zbudowany z żywych kamieni. Kościół, we wnętrzu którego mogę odczuwać obecność Żywego Boga, obecność, która napełnia radością.
Dzisiejsze czytanie z Księgi proroka Ezechiela (Ez 47, 1-2. 8-9. 12) pokazuje piękną wizję wody życia, która wypływa z wnętrza świątyni.
"Woda ta płynie na obszar wschodni, wzdłuż stepów, i rozlewa się w wodach słonych, i wtedy wody jego stają się zdrowe. Wszystkie też istoty żyjące, od których tam się roi, dokądkolwiek potok wpłynie, pozostaną przy życiu: będą tam też niezliczone ryby, bo dokądkolwiek dotrą te wody, wszystko będzie uzdrowione. A nad brzegami potoku mają rosnąć po obu stronach różnego rodzaju drzewa owocowe, których liście nie więdną, których owoce się nie wyczerpują; każdego miesiąca będą rodzić nowe, ponieważ ich woda przychodzi z przybytku. Ich owoce będą służyć za pokarm, a ich liście za lekarstwo".
To właśnie z Kościoła, z jego Źródła, które bije w samym jego centrum wypływa strumień życia. Strumień, który staje się rzeką - nieogarniętą, potężną rzeką łaski. Rzeką, na brzegach której rodzi się życie. Drzewa dające owoc na pokarm, których liście służą jako lekarstwo, to sakramenty. Eucharystia - najwspanialszy pokarm - Chleb Niebiański, Ciało i Krew Jezusa Chrystusa. Sakrament pojednania - przez który Jezus leczy poranione, często wręcz  obumarłe serca (to są wspaniałe powroty do życia). Sakrament bierzmowania, małżeństwa, kapłaństwa, namaszczenia chorych - każdy niesie w sobie ogromny potencjał życia.
Słowo Boże, Ewangelia czyż nie jest potężną rzeką, która wypływa z Kościoła? Słowo, które jest Życiem i daje życie. Słowo, które rodzi wspaniałe owoce. w sercach tak wielu osób, całych wspólnot. Czyż nie jest potężną życiodajną falą modlitwa Kościoła? Modlitwa, która ma moc uzdrawiać dusze i ciała - tak, to się dzieje w XXI wieku - chorzy odzyskują zdrowie, "skazani" na śmierć wracają do pełni życia, pogrążeni w beznadziei i rozpaczy, przegrani odnajdują światło nadziei, sens życia... Kościół pełen jest Życia.
Dzisiejsza Ewangelia pokazuje także, że Kościół potrzebuje nieustannie się oczyszczać, aby mieć w sobie Życie. Trzeba stawać w prawdzie, także tej trudnej - o słabości i grzechu. Stawać w prawdzie, przed Chrystusem, który jest Prawdą. Prawda nas wyzwala wewnętrznie. 
W świątyni, a więc w Kościele główne miejsce musi zajmować ołtarz, na którym dokonuje się ofiara Chrystusa, dzieło zbawienia. Każdy inny "ołtarzyk", na którym są składane bałwochwalcze "ofiary"musi zostać wywrócony, muszą być przepędzeni ci, którzy odciągają od Jezusa. To jest ciągłe wezwanie dla Kościoła na całym świecie. To jest ciągłe wezwanie dla każdego, kto chce tworzyć Żywy Kościół - od pasterzy poczynając po każdego świeckiego. Wezwanie do postawy nawrócenia. Nie trzeba nam się tego bać.
Bogu niech będą dzięki za Żywy Kościół, za każdy jego żywy kamień, którym także i ja jestem.

czwartek, 2 września 2010

Słowo pełne mocy

Ewangelie ostatnich dwóch dni (wtorek: Łk 4, 31-37 i środa: Łk 4, 38-44) pokazują Jezusa, który wyrzuca złe duchu i uzdrawia wielu ludzi. Jezus jest pełen mocy, mocy przemieniającej ludzkie życie. We wtorek Ewangelia mówi o "słowie pełnym mocy". Słowo Jezusa jest potężne. "Głos Pana pełen potęgi! Głos Pana pełen dostojeństwa! Głos Pana łamie cedry, Pan łamie cedry Libanu, sprawia, że Liban skacze niby cielec i Sirion niby młody bawół. Głos Pana rozsiewa ogniste strzały, głos Pana wstrząsa pustynią, Pan wstrząsa pustynią Kadesz". (Ps 29, 4-8) To jest prawda o Słowie Bożym: to nie jest jakiś tekst, jakaś historia... to jest potęga, która łamie moc złego ducha... sprawia, że nieprzyjaciel ucieka w popłochu... jest potężną "bronią rażenia" w walce duchowej... porusza, ożywia to, co wydaje się pozbawione życia. Słowo Pana pełne mocy! Jeśli Ruch Światło-Życie zaprasza nas w tym roku do wsłuchiwania się w słowo Pana, to jest to zaproszenie do napełnienia się Jego mocą. Przez trzy kolejne lata byliśmy wzywani do tego, żeby "iść i głosić", "czynić uczniów" i to "czynić uczniów ze wszystkich narodów". Dzieło do podjęcia przez każdego z nas zostało naznaczone bardzo wyraźnie. Naszym planem jest Plan Wielkiej Ewangelizacji. Ewangelizacji, która ma być wyjściem z Dobrą Nowiną, którą jest Jezus, do każdego z naszych braci i sióstr. I oto został nam wskazany  właściwy początek tego dzieła - zasłuchanie się w Słowo, napełnienie się Nim. 
Jezus jest Słowem. Słowem pełnym mocy. On obchodzi okolice Galilei i Judei głosząc słowo o Królestwie Bożym. I dzieją się wielkie rzeczy. On dotyka ludzkiego życia, często w najwrażliwszych, najboleśniejszych miejscach... dotyka ran, chorób, zniewoleń... "O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich". Tak, Jezus nie boi się dotknąć tego, co jest nieprzyjemne, tego, co wielu wolałoby ominąć, nie zauważyć, przykryć... Ale to byłoby przyzwolenie na dalsze obumieranie, na dalszą wegetację. 
Tymczasem Jezus każdego chce prowadzić do pełni życia. "Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca". (Hbr 4, 12) Jeśli odkrywamy w swoim życiu jakieś "ropniaki", miejsca sparaliżowane, zawładnięte przez złego ducha, słabości, grzechy... pozwólmy, żeby Słowo naświetliło je! Czasem będzie to łagodne słowo pocieszenia, ale może być i twarde słowo wzywające do nawrócenia... Ważne, że jeśli jest to słowo wypowiedziane przez Jezusa, to niesie w sobie moc, uzdrawiającą moc, przemieniającą moc. Słowo, które rodzi wiarę. "Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa". (Rz 10, 17). To jest konieczne, żeby usłyszeć: "Idź, twoja wiara cię uzdrowiła".
Iść i głosić... czynić uczniów... to przede wszystkim być świadkiem mocy Jezusa. Nawet nie naocznym świadkiem. Osobistym świadkiem. Świat potrzebuje Twojego i mojego życia jako świadectwa. "Kto wierzy w Syna Bożego, ten ma w sobie świadectwo Boga; kto nie wierzy Bogu, uczynił Go kłamcą, bo nie uwierzył świadectwu, jakie Bóg dał o swoim Synu. A świadectwo jest takie: że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Ten, kto ma Syna, ma życie, a kto nie ma Syna Bożego, nie ma też i życia. O tym napisałem do was, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie życie wieczne". (1 J 5, 10-13) 
Potrzeba naszej codzienności przenikniętej Słowem, naświetlonej Światłem. Jeśli nawet świat nie będzie słuchał słów, to nasze życie niech będzie wołaniem Boga do naszych środowisk. Obyśmy mogli wobec wielu ludzi powiedzieć za św. Pawłem: jesteśmy "sługami, przez których uwierzyliście według tego, co każdemu dał Pan. My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą". (1 Kor 3, 5.9)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Dziś przychodzi Bóg.

We wczorajszej Ewangelii (Łk 4, 16-10) Jezus przywołuje w synagodze w Nazarecie słowa proroka Izajasza: "Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana". Zaraz po nich dodaje krótki, własny komentarz: "Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli". I właśnie te słowa były początkiem burzy. Burzy w sercach słuchaczy. O ile jeszcze przez chwilę wykazywali zafascynowanie, zadziwienie, to już za moment ujawnią brak wiary. Znamy Go. On może nieść ubogim dobrą nowinę? On może dawać wolność więźniom i przywracać wzrok niewidomym? Przecież my Go znamy. Teraz, dziś się to spełnia? W dniu, który nie wydaje się być inny od pozostałych? Nie możliwe, że dziś jest czas łaski od Pana. W ten sposób przegapili swój czas nawiedzenia. I Jezus pokazuje im, że nie po raz pierwszy.
Im? Wtedy? Ale co z nami, teraz? Dzisiaj przychodzi ten sam Jezus i mówi te same słowa z Księgi proroka Izajasza. I dodaje to samo zdanie: "Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli".
A więc najpierw trzeba nam usłyszeć. Słuchać Pana. A potem uwierzyć w to, co usłyszeliśmy. Uwierzyć Panu. Ostatnio mówię to ludziom w konfesjonale, że Bóg przychodzi na pewno, przychodzi z łaską odpuszczenia grzechów, z łaską wolności dziecka Bożego, z dotknięciem Miłością, która rodzi do życia, bo jest potężniejsza niż grzech i śmierć, która jest konsekwencją grzechu. Ale to, że Bóg przychodzi, nie znaczy, że w naszym życiu musi się coś dokonać. Bóg to nie automat. Bóg jest Żywy. On przychodzi dziś, teraz. Ale jestem jeszcze ja, jesteś jeszcze Ty. Czy Go przyjmę? Czy uwierzę, że to dziś jest czasem zbawienia? Czy będę czekał w swoim życiu na jakieś "kiedyś" w międzyczasie narzekając na obecny stan, i może jeszcze mając pretensje do Boga, że nic z tym nie robi? Trzeba uwierzyć, że ten czas, ten moment, ta spowiedź, ta Eucharystia, ta modlitwa, to otwarcie Słowa Bożego... jest czasem zbawienia! Bo jest  w tym obecny Bóg. Bóg, który ma moc. Obyśmy nie dali się uwieść naszemu przyzwyczajeniu do Eucharystii, spowiedzi, modlitwy... Żebyśmy nie mieli tego samego wrażenia co ludzie w Nazarecie: przecież to Jezus, którego spotykamy na co dzień? Znamy Go. Co On może nam dać? Czy to nie kolejna Eucharystia, spowiedź, modlitwa w naszym życiu... jak każda inna, których dotąd już tyle było?
On ma nam do dania wszystko, co jest potrzebne do pełni życia. On ma nam do dania nie tylko to życie, ale przede wszystkim życie wieczne. Tylko patrząc z wiarą zobaczymy, że to nie kolejna.... ale że to "dziś", kiedy wypełnia się w naszym życiu Dobra Nowina, którą jest Jezus Chrystus. Dziś jest czas zbawienia, którym jest Jezus. On przychodzi dziś, a z Nim zbawienie.
Na koniec chciałbym przywołać słowa św. Pawła, które tego dnia pojawiły się w pierwszym czytaniu: "A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby się wiara wasza opierała nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej". (1 Kor 2, 1-5)

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Inwestycje.

"Oto przyjdę niebawem, a moja zapłata jest ze mną, by tak każdemu odpłacić, jaka jest jego praca. Ja jestem Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec. (Ap 22, 12-13)
Te słowa dobrze korespondują z sobotnią Ewangelią (Mt 25, 14-30), w której Jezus naucza w przypowieści o talentach. Jak jest z tymi talentami w naszym życiu? Jezus pokazuje wyraźnie: nie jest ważne ile masz, ważne jest, co z tym robisz. Każdy z nas jest obdarowany! Ale może być problem w nas samych z odkryciem tego obdarowania. Dzisiejsza masowa "kultura" rozbudza w nas potrzebę wielkości, szybkiego sukcesu, bezwzględnej samorealizacji, narzuca nam "wzorce", do których mamy dążyć (nie tłumacząc nawet dlaczego akurat do takich "wzorców" mielibyśmy dążyć). W tym świetle patrzymy często na swoje życie jak na coś małego, bezwartościowego, bo nie możemy sprostać wykreowanym kryteriom "spełnienia". Dajemy się oszukać. I możemy przegrać swoje życie. Możemy je zakopać. Tymczasem Jezus bardzo mocno pokazuje, że Twoje i moje życie nie jest po to, żeby "przeleżało" ileś tam lat, aż do czasu, kiedy przyjdzie nam stanąć przed Panem. Twoje i moje życie jest darem, ale jest i zadaniem. Konkretnym zadaniem, z którego przyjdzie się nam rozliczyć. 
Chyba nikt z nas nie ma tylko jednego talentu... mamy życie, jesteśmy ochrzczeni (a więc jesteśmy dziećmi Boga, do których należy Boże dziedzictwo), pewnie w większości bierzmowani (a więc jesteśmy napełnieni Duchem Świętym, który obdarowuje nas swoimi darami), może jesteś w małżeństwie, może Bóg powołuje Cię do kapłaństwa, życia zakonnego., a może do bycia świeckim celibatariuszem, może jesteś w jakiejś wspólnocie, może... ale i te talenty, które mogą się w nas kryć: manualne, artystyczne... To wszystko są kolejne ewangeliczne "talenty", które Bóg złożył w nasze ręce. Jezus mówi w Ewangelii, że niektórym dano jeden "talent", żeby pokazać minimum, ale tak naprawdę On jest hojnym dawcą i nie znam nikogo, kto miałby tylko jeden "talent". Puść to w obrót. 
Wiesz co to znaczy? Uwierz. Wiara wprawia to wszystko w ruch. Uwierz, że Twoje życie ma sens, szalenie głęboki sens. Uwierz Bogu, który nadał Twojemu życiu sens. Zrób najlepszą inwestycję jaką możesz zrobić. Bądź cwany. Powierz te "talenty" Bogu, zanim przyjdzie czas rozliczenia z nich. Oddaj Mu swoje życie, które i tak jest Jego darem. Powiedz Mu, że powierzasz w Jego ręce wszystkie swoje "talenty", to kim jesteś, co robisz na co dzień, co już odkryte, i co jeszcze zakryte w Tobie. Możesz to zrobić aktem wiary. Oddając się Jemu, przyjmując Go jako swojego Pana i Zbawiciela. Gwarantuję Ci, że nie usłyszysz, że źle zainwestowałeś, że coś straciłeś. Będziesz mógł stanąć przed Bogiem i powiedzieć: Panie, o to puściłem to, co mi dałeś w obrót - dałem to Tobie. Zobacz o to przynoszę to, co sam pomnożyłeś. 
Czy to znaczy, że wystarczy powiedzieć jakąś formułę i nic nie robić? Nie. To nie o taką czy inną formułę chodzi. Chodzi o wiarę, która ma wypełnić nasze serca. Św. Paweł mówi: "Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do sprawiedliwości, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia" (Rz 10, 9-10). Wiara to nie uznanie, że jest gdzieś tam jakiś Bóg. Wiara to uznanie, że Bóg jest właśnie w Twoim, moim życiu. Jest obecny ze swoją mocą, ze swoją łaską, że może przemieniać naszą codzienność jak wodę w Kanie. Wiara to pozwolenie Bogu na przeniknięcie tego kim jesteś i co robisz na co dzień. Potrzeba codziennego wysiłku pracy nad sobą, służby na rzecz innych, pracy w dziele ewangelizacji... Św. Paweł pisał do Tesaloniczan: "Sami bowiem wiecie, jak należy nas naśladować, bo nie wzbudzaliśmy wśród was niepokoju ani u nikogo nie jedliśmy za darmo chleba, ale pracowaliśmy w trudzie i zmęczeniu, we dnie i w nocy... Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je! Wy zaś, bracia, nie zniechęcajcie się w czynieniu dobrze" (2 Tes 3, 7-8.10.13). Ale trzeba, żeby punktem wyjścia w tym wszystkim było zawierzenie Bogu. I to jest droga do pomnażania Bożych "talentów". Jeśli z wiarą oddamy Mu swoją codzienność, to będziemy świadkami wielkich rzeczy. 
Maryja tak zrobiła. Powiedziała swoje "Fiat. Niech mi się stanie według Twego słowa". A więc oddała życie Bogu. I już u Elżbiety mogła wyśpiewać: "Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu zbawicielu moim. Bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny..." I nawet kiedy stała pod Krzyżem, te słowa się realizowały: Bóg dokonywał w Jej życiu wielkich rzeczy. Trudnych rzeczy, bolesnych rzeczy, ale ostatecznie wielkich i chwalebnych. Ona nigdy się nie wycofała z oddania życia Bogu i odniosła "Boży sukces", chociaż w swoim życiu nie była ani zamożna, ani publicznie znana, ani podziwiana przez świat, i przeżywała, jak każdy, swoją codzienność.
Bóg potwierdza to słowami św. Pawła, które tego właśnie dnia były pierwszym czytaniem mszalnym: "Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu. Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga. Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby jak napisano, "w Panu się chlubił ten, kto się chlubi" (1 Kor 1, 26-31).

sobota, 28 sierpnia 2010

Nie bądź głupi(a)! Uwierz!

Przypowieść o pannach mądrych i głupich dla mnie jest pytaniem o wiarę, moją wiarę. Odkryłem to dzisiaj w konfesjonale, spowiadając. Płonąca lampa w ręku to wiara. To ona wprowadza mnie z Oblubieńcem na weselną ucztę, a więc w doświadczenie pełni, radości życia z Jezusem. 
Kto nie ma wiary, ten musi pozostać na zewnątrz tej relacji. Tak jest też w sakramencie pokuty i pojednania: możemy przyjść wyznać, otrzymać rozgrzeszenie, ale nie doświadczyć pełni spotkania z Miłosiernym Ojcem. Bo nie weszliśmy tam z wiarą, a więc tak naprawdę pozostaliśmy na zewnątrz. Identycznie sprawa ma się do każdego sakramentu. Możemy przyjść na Eucharystię, wziąć w niej mniej lub bardziej czynny udział, przyjąć Komunię... i nic może się nie wydarzyć. Bo możemy w tym wszystkim cały czas pozostawać na zewnątrz. Bo nie weszliśmy z wiarą i nie spotkaliśmy tam Jezusa, i nie daliśmy Mu szansy, żeby On nas tam spotkał. "Mądrzy dostąpią chwały, udziałem głupich jest hańba" (Prz 3, 35). W innym miejscy Księga Przysłów objawia iluzję "wiary bez wiary". To prawdziwa głupota, która jest oszukiwaniem siebie samego. "Mądrość przemyślnego poznaje swą drogę, głupota nierozumnych – zwodzeniem (...) Jest droga, co komuś wydaje się słuszna, lecz są to w końcu drogi Śmierci" (Prz 14, 8.12). Taka iluzja "wiary" może prowadzić tylko do rozczarowania, do poczucia bezsensu, zamiast życia rodzić frustrację i spychać ku duchowej wegetacji, a ostatecznie śmierci. Bez autentycznej relacji  z Jezusem z "wiary" zostają tylko wymagania, prawa, przykazania... że trzeba rano i wieczorem pacierz, że  w niedzielę do kościoła, że to, i że tamto... Ja bym nie zniósł takiej "wiary". I wcale nie dziwię się ludziom, którzy nie chodzą do kościoła, skoro nie weszli w relację z Jezusem. Dziwię się tym, którzy chodzą, mimo, że też nie są w relacji z Nim. Sam przeszedłem ładnych parę lat temu drogę z życia bez relacji i bez praktyk religijnych do relacji, która sama we mnie wywołała głód bycia blisko przez Eucharystię, przez inne akty, które wynikały z tego właśnie głodu, jaki wywołała we mnie wiara. Nie było dla mnie problemem  to, że nie uczestniczyłem w niedzielę w Eucharystii, że się nie modliłem... potem Jezus pociągnął moje serce i potrzebowałem być na Eucharystii codziennie, potrzebowałem robić różne rzeczy, żeby być jak najbliżej.  Jasne, że nie zawsze te potrzeby są tak mocno rozbudzone, że codzienność robi swoje, że czasem łapię się na tym, że zaczynam gubić relację, a popadać w rytualizm. I wtedy muszę sobie stawiać otrzeźwiające pytanie o moją wiarę w tym, co robię, o moją relację do Jezusa. 
Jezus nigdy nie powiedział, że takie czy inne ryty, pacierze, formuły, czy inne... są drogą do Życia. Jezus mówi: "Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie"(J 14,16) A tuż przed tym mówi: "Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!" (J 14, 1) W innym miejscu: "Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? (...) Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?" (J 11, 26.40) Czy ja wierzę? A Ty, wierzysz? Czy chcemy ujrzeć chwałę Bożą, czy tylko poczuć się dobrze, bo "zaliczyliśmy" kolejny pacierz, Eucharystię, spowiedź...?
Co jest oliwą do lampy? Co sprawia, że moja i Twoja wiara może być żywa, autentyczna? "Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa" (Rz 10, 17). "W Nim także i wy, usłyszawszy słowo prawdy, Dobrą Nowinę o waszym zbawieniu, w Nim również – uwierzywszy, zostaliście naznaczeni pieczęcią, Duchem Świętym, który był obiecany" (Ef 1, 13). Jeśli chcemy mieć wiarę, która pozwala wejść w relacje z Jezusem, to trzeba nam na nowo przyjąć słowo Boże. Napełnić oliwą Słowa lampy naszej wiary. Słowo Boga ma moc poruszyć nas wewnętrznie, ma moc dokonywać przemiany serc: "Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca" (Hbr 4, 12). Jan Chrzciciel daje świadectwo głębokiej, autentycznej radości, która rodzi się w sercu dzięki słowu Boga: "Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca" (J 3, 29). Czy ja chcę, czy Ty chcesz doznawać najwyższej radości? Zacznijmy wsłuchiwać się głoś Oblubieńca, w Jego słowo. On sam jest Słowem. I tu warto przywołać piosenkę, która w tym roku prowadzi Ruch Światło-Życie w odkrywaniu słowa Bożego:

"Chcemy słuchać Cię"
Ref. Chcemy słuchać Cię, w miłości Twej stawać się podobnymi do Ciebie,
Niech słowo Twe wzejdzie, weź serca i przemieniaj je!
Daj nam poznać Cię, tak wsłuchać się w prawo Twe,
Byśmy byli gotowi, niech słowo Twe zrodzi prawdziwe owoce wśród serc.
1. Twoje słowo jak lampa dla stóp, co oświetla nam życie,
Pozwól poznać smak Twoich słów i wylewaj obficie swego Ducha
2. Twoje słowo dla duszy jak miód, co dzień karmisz do syta,
Tak pouczaj i kieruj swój lud, byśmy doszli do prawdy Twego Syna.
3. Twoje słowo to wcielony Pan, cała nasza nadzieja.
Tajemnice Twe poznać nam daj, że to słowo od zawsze było Bogiem.
4. Twoje słowo - obosieczny miecz, co ma moc nas uwolnić.
Złego ducha oddalaj precz, naucz nas stale czerpać z tego źródła.
5. Twoje słowo to prawda i Duch, w Twojej łasce nas wiedziesz.

Miej w opiece, Panie nasz Ruch, w uwielbieniu wznosimy głos do Ciebie.

Dlaczego panny mądre nie podzieliły się z głupimi oliwą? Kiedyś myślałem, że strasznie samolubne są,  egoistyczne, że raczej nie są dobrym przykładem, ale w kontekście wiary i relacji z Jezusem to staje się zrozumiałe. Bo relacja z Jezusem jest osobista. Bo wiara musi być przyjęta osobiście. Nie mogę oprzeć swojej relacji z Jezusem na czyjejś wierze. Nie mogę dostąpić zbawienia przez czyjąś relację do Jezusa. Tak, moja, Twoja wiara może pobudzać czyjąś wiarę, jak mówi św. Paweł: "Słowo Chrystusa niech w was mieszka w [całym swym] bogactwie: z całą mądrością nauczajcie i napominajcie siebie, psalmami, hymnami, pieśniami pełnymi ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach" (Kol 3, 16). Ale po momencie obudzenia musi być osobisty akt wiary, osobista decyzja wejścia w relację z Jezusem. "Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie" (Rz 10,9). Każdy z nas musi mieć swoją oliwę w swojej lampie. To ja muszę otworzyć się na Słowo, pozwolić Mu zamieszkać w moim sercu. Ty musisz zrobić tak samo, ale osobiście. Ja się nie otworzę za Ciebie, a Ty za mnie.
Życzę sobie i Tobie, aby te słowa św. Pawła odnosiły się prawdziwie do naszego życia: "Dlatego nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przejęliście słowo Boże, usłyszane od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale jako to, czym jest naprawdę – jako słowo Boga, który działa w was, wierzących" (1 Tes 2, 13).

piątek, 27 sierpnia 2010

Kana

Dzisiejsza Ewangelia o wydarzeniach w Kanie Galilejskiej prowokuje mnie do nowego spojrzenia na duchowość maryjną. To jest mocna, konkretna duchowość. Wesele to doświadczenie szczególnego, radosnego momentu w życiu dwojga ludzi. Nie znamy ich imion. A może jednak znamy? Może imię Oblubieńca z wesela brzmi Jezus... Może imię Oblubienicy brzmi Ecclesia-Kościół. Jan Ewangelista piszę o tym w Apokalipsie: "Anioł tak się do mnie odezwał: "Chodź, ukażę ci Oblubienicę, Małżonkę Baranka". I uniósł mnie w zachwyceniu na górę wielką i wyniosłą, i ukazał mi Miasto święte, Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga" (Ap 21, 9-10). A Kościół, to nie jakiś nieokreślony byt. To Ty i ja. Św. Paweł mówi wprost: "A więc nie jesteście już obcymi i przybyszami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie głowicą węgła jest sam Chrystus Jezus. W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy także wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha" (Ef 2, 19-22). Ty i ja jesteśmy Kościołem. Ty i ja jesteśmy na weselu z Jezusem jako oblubieńcy. 
Ale podczas tego wesela wydarzył się dramat. Zabrakło wina. Podczas takiej uroczystości nie może zabraknąć wina - to kompromitacja, to hańba, która pozostanie na zawsze jak blizna na rodzinie. W przeżywaniu radości relacji oblubieńczej z Jezusem pojawia się dramatyczny moment - grzech. Grzech jest kompromitacją. Serce Matki, wrażliwe Serce dostrzega problem. Ona wchodzi w tę sytuację i idzie z tym do swojego Syna, do Jezusa. Maryja zawsze, ze wszystkim idzie do Jezusa. Ona zawsze prowadzi do Jezusa. To jest Jej kierunek. 
"Jeszcze nie nadeszła Moja godzina." Godzina Jezusa, to godzina Krzyża. Tam objawia chwała Boża, która zwycięża śmierć, zwycięża grzech. Chwała, którą też nie każdy będzie potrafił w tej właśnie godzinie rozpoznać. Ona tam była. Była pod Krzyżem, bo rozpoznała "godzinę Jezusa". A więc Krzyż. Jeśli chcesz uniknąć kompromitacji, nie tej w ludzkich oczach, jeśli nie chcesz być skompromitowany w swoim sercu, jeśli nie chcesz doświadczyć kompromitacji w dniu, kiedy wszyscy staniemy przed Bogiem w dniu sądu ostatecznego, to Jezus wskazuje Ci jak z kompromitacji przejść w doświadczenie "godziny chwały", "godziny zwycięstwa". Krzyż. Tak jest, właśnie Krzyż, który wydaje się nie mieć w sobie nic wspólnego z chwałą, od którego raczej wolelibyśmy uciekać. "Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia" (1 Kor 1, 18). 
A potem padają słowa: "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie." Wszystko. Cokolwiek. I musiał sobie Jezus wybrać akurat tak bezsensowną czynność, jak przyniesienie wody w stągwiach. Co ma woda do rzeczy, kiedy potrzeba wina. Kto z nas nie popukałby się w głowę, gdyby kazano mu przynieść miednicę z wodą, na stół weselny, kiedy goście oczekują wina. Jezu czego Ty chcesz takiego szaleństwa? Dlaczego chcesz, żebym Ci przyniósł moją codzienność, moje pogmatwane życie, moje poranione serce, moje rozbiegane myśli...? Ja nie tego oczekuję na teraz... ja nie chcę mojej codzienności, ja sam jej nie akceptuję, a Ty każesz mi ją jeszcze przynieść do Ciebie?!? "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie". Aha, no tak, co On powie... cokolwiek... wszystko..." No dobra, choć to bez sensu się wydaje. I stało się. Stał się cud przemiany. Była woda, a jest wino. Wino - symbol pełni życia, radości życia, symbol upojenia miłością, Bożą Miłością. 
Czy myśmy przypadkiem nie stracili wiary? Niby wierzymy, ale jednak... godzimy się w naszym życiu na marność, na przeciętność, na dziadowanie. Jakbyśmy byli skazani na to. Może uwierzyliśmy w nasz "dziadowski los" zamiast uwierzyć Bogu, który posłał do serc naszych Ducha swojego Syna, który woła w nas: "Abba, Ojcze". Czy my wierzymy, że jesteśmy synami, córkami Boga... dziedzicami Królestwa? Nie wolno nam się godzić na bylejakość, na wegetację. Bóg nas nie powołał do dziadostwa, ale do dziecięctwa Bożego. "Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa; On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich w – Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów poprzez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym" (Ef 1, 3-6). 
Doświadczasz słabości i grzechu? Ja też. Ale jeśli przyniesiemy swoje życie Jezusowi, takie, jakie ono jest, to On ma moc uczynić w nim cud przemiany. Dlatego każdy konfesjonał jest Kaną. Tak jest. Do konfesjonału nie idzie się jak na cmentarz. Tam idzie się na wesele, żeby zaczerpnąć na nowo z pełni, z radości życia. Ale to wino nie jest dla nas samych. Musimy je zanieść do starosty, aby mógł zaczerpnąć i do innych biesiadników. Jesteśmy wezwani do bycia świadkami przemiany serc. Nie musimy wiele mówić. Wystarczy może na początek, żebyśmy pozwolili innym zaczerpnąć, to znaczy dać im odczuć w konkretach codzienności smak wody przemienionej w wino. 
A na koniec trzeba pamiętać, że tylko Jezus może uczynić wino dobrym, aż do końca. Jezus nie kręci, nie kombinuje. Nie obniża poziomu w miarę czasu. On jest klarowny od początku do końca. Wszystko Tobie i mi powiedział w Ewangelii. Nie ma niczego ukrytego o czym moglibyśmy powiedzieć, że o tym nam nie mówił. Sięgnijmy do Ewangelii. Bo trzeba najpierw zacząć słuchać, żeby wiedzieć co mamy czynić, skoro mamy "zrobić wszystko, cokolwiek nam powie". Odwagi! Wiary!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Chodź i zobacz!

Dzisiejsza Ewangelia z liturgicznego święta Apostoła Bartłomieja (J 1, 45-51) jest dla mnie jak eksplozja energii atomowej. Od początku mojego pobytu w nowej parafii myślę o wyzwoleniu zapału ewangelizacyjnego w sobie; o zapaleniu wielu młodych ludzi, których widzę w kościele, Żywym Ogniem - Duchem Świętym; o budowaniu wspólnoty Żywego Kościoła w tej parafii... Dzisiejsze Słowo wywołało we mnie ogromną reakcję wewnętrzną. Nie ma na co czekać. Czas rzucić wezwanie. Wezwanie do wspólnoty Żywego Kościoła, w której jest Żywy Jezus - nasz Bóg, Zbawiciel, Przyjaciel i Brat.
Najpierw potrzeba świadectwa, prostego, ale konkretnego: "Spotkałem, spotkaliśmy Jezusa! I to spotkanie nadało sens mojemu życiu. Jezus jest Tym, kogo szukamy". Ale to dopiero początek. Może rodzić się pytanie w sercu drugiego człowieka: "Czy to faktycznie to, czego szukam? Czy w moim życiu chodzi o Jezusa? Czy On ma mi coś do zaoferowania?" To bardzo dobre pytania. Oby pojawiły się u wszystkich młodych ludzi (nie tylko młodych wiekiem). Wówczas można przejść do zasadniczego zaproszenia: "Chodź i zobacz!" Tak, nie wystarczy nawet najpiękniejsze i najmocniejsze świadectwo, jeśli ludzie nie usłyszą wezwania do ruszenia się z miejsca. "Chodź i zobacz!" Zrób krok. Sprawdź to sam. Młodość ma to do siebie, że potrzeba osobistego przekonywania się, doświadczania jest duża. Bądź młody w poszukiwaniu wiary.
Jezus zna prawdę o Twoim i moim sercu. Zna nasze życie, w najdrobniejszych drobiazgach. Nie ma tam nic, co byłoby dla niego obojętne, nie ma tam nic ukrytego. Pokazuje to Natanaelowi mówiąc mu o jego sercu i o wydarzeniu spod figowca. Jezus zna moje i Twoje serce, zna te wszystkie sytuacje, z którymi wydawało się nam, że zostajemy sam na sam. On tam był. ON JEST! Jest obecny. I daje Natanaelowi łaskę rozpoznania w tej obecności, Bożej obecności. ON JEST w Twoim i moim życiu, bo ON JEST BOGIEM, a BÓG JEST MIŁOŚCIĄ, a miłość prowadzi do obecności przy kochanej osobie. I tylko Bóg, który jest Miłością może być w naszym życiu, w tych momentach, w których nikt inny z różnych powodów być nie może, albo nie chce być.
To rozpoznanie Bożej obecności budzi wiarę Natanaela. Ale Jezus idzie jeszcze dalej: "Zobaczysz więcej..." Tak, Jezus ma nam do zaoferowania dużo więcej niż możemy to sobie wyobrazić, dużo więcej niż jesteśmy w stanie chcieć. Przychodząc do Niego pozwalamy, aby On otworzył przed nami niebiosa, niesamowitą perspektywę, Bożą perspektywę pełni życia.
Pamiętam jak w okolicach klasy maturalnej Bóg pociągnął do siebie moje serce. Do tamtego czasu generalnie nie miałem specjalnej potrzeby chodzić do kościoła, nawet w niedzielę. Coś się musiało wydarzyć, że nagle zacząłem odczuwać potrzebę uczestniczenia w Eucharystii codziennie, że przychodziłem wcześniej na Różaniec i zostawałem dłużej na Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Na prawdę nie potrafię powiedzieć co się stało, ale wiem, że to musiało być dotknięcie Bożą łaską, to musiało być pociągnięcie przez Niego. Długo tak chodziłem dzień w dzień, ale i to przestało mi wystarczać. Bóg rozbudzał moje serce, rozbudzał potrzebę bliskości, potrzebę wejścia w doświadczenie Żywego Kościoła. Nie mogłem już usiedzieć gdzieś tam w ławce. Siedziałem i myślałem: "Czy oni nie widzą, że ja tu przychodzę codziennie, że ja potrzebuje czegoś więcej? Kiedy się ktoś mną zainteresuje i coś mi zaproponuje?" Pewnego dnia nie wytrzymałem. Sam poszedłem do mojego katechety szukać podpowiedzi. On mi powiedział, że naturalnie powinienem szukać w parafii. No to wracając ze szkoły wysiadłem przy kościele i poszedłem do kancelarii (nie spodziewałem się tego po sobie) z zapytaniem: "Gdzie mogę przyjść?" Była tylko schola parafialna. Hmmm... Nie byłem śpiewający i nie tego szukałem, ale tylko to było, więc powiedziałem: "No dobra, niech będzie". Nie śpiewałem co prawda, ale zacząłem w niedzielę czytać Słowo Boże na Eucharystii dla młodzieży. Niedługo potem w mojej parafii pojawiła się Oaza (Ruch Światło-Życie). Włączyłem się w tę wspólnotę. Na moje pierwsze oazowe rekolekcje nie planowałem, że pojadę. Byłem po egzaminach do seminarium i ze znajomymi odwiedzaliśmy na oazie, wspomnianego księdza katechetę, który był (i jest) moderatorem diecezjalnym Ruchu Światło-Życie. Niespodziewanie zaproponował mi, żebym pojechał na rekolekcje, na I stopień Oazy Nowego Życia do Małego Cichego. Rekolekcje rozpoczynały się niedługo, ale zgodziłem się. W sumie chciałem gdzieś pojechać. Tak się zaczęło moje odkrywanie Żywego Kościoła i Jezusa obecnego w swoim Kościele. W dzisiejszym pierwszym czytaniu anioł mówi do Jana: w widzeniu: "Chodź, ukażę Ci Oblubienicę, Małżonkę Baranka". Jezus wielokrotnie przekraczał moje oczekiwania, pokazywał wspaniałe oblicze Kościoła, a w nim piękne, pełne życia miejsca, wspólnoty i wspaniałych ludzi. Mogłem się zaangażować w Żywy Kościół, mogłem w nim odkryć Żywego Boga, który jest obecny także w moim życiu.
Ta przygoda trwa nadal. Bóg przez różne sytuacje, różnych ludzi wzywa mnie nieustannie: "Chodź i zobacz! Rusz się! Mam dla Ciebie jeszcze więcej, coś nowego, coś wspanialszego". Piszę to, żeby móc Ci powiedzieć: tak jak Filip do Natanaela: "Znalazłem Jezusa (w sumie Jezus znalazł mnie) i to jest sens mojego życia. Chodź i Ty, zobacz, co ma dla Ciebie, dla Twojego życia". Zrób krok! Warto. Możemy iść razem. Razem do Jezusa. Razem z Jezusem. Zapraszam Cię do przygody życia.

sobota, 21 sierpnia 2010

Pod Twoją obronę...

 Było tak strasznie i było tak ciemno
Lecz wystarczyło westchnienie jedno

"Pod Twoją obronę..."

Ty zdjęłaś pokornie gwieździstą koronę
Boso, lekko kwiatów kielichy trącając
Zstąpiłaś. Słodycz nadziei znów dając
Wzbudziłaś nieznane dotąd mi wonie
Serce w ogniu miłości już tonie. Niech płonie!
W niebiańskim ogromie dusza się przestrasza

"...Pocieszycielko nasza..."

Okryłaś mnie płaszczem zdobionym nie złotem
Lecz haftowanym dziękczynienia wotem
Na zgiętych kolanach, z dłońmi złożonymi
Złączyłaś swoje "Magnificat" z prośbami moimi
Matko ukochana, w miłości swojej nie ustawaj

"...swojemu Synowi nas oddawaj..."

Czuję, że jesteś gdzieś obok, w pobliżu
Zawsze... w serca zaciszu

czwartek, 19 sierpnia 2010

Wracając do Ur

Ten powstał pewnego popołudnia, kiedy w wolnej chwili w seminarium zajrzałem do domu. Stanąłem przy oknie, a potem przy stole i jest.

"Wracając do Ur"

Kiedy wracam do domu
Lubię wyjrzeć przez okno
I spojrzeć w niebo
Aby przypomnieć sobie cel mojej wędrówki
I na ziemię
Aby nie zapomnieć skąd wyszedłem
Tak, to jest moje miasto, moje osiedle, mój dom rodzinny
Moje Ur, które mnie wydało
Tak jak łono mojej matki
Wydało mnie przed laty na ten świat
Zazwyczaj głośno opłakuje się zaciszny kąt
Gdzieś pod matczynym sercem
Kiedy przychodzi go opućić
Ja ponoć nie płakałem
Teraz też nie płaczę
Kiedy rozdzielają się ciała matki i dziecka
Bliskie stają się ich serca
To one teraz ich łączą
Opuszczam moje Ur
Ale żywo czuję je sercem syna
Przede mną jeszcze długa droga

środa, 18 sierpnia 2010

Małe, szare pudełeczko

To chyba mój najwcześniejszy wiersz, jaki jest w moich zbiorach. Kiedy go czytam, to widzę siebie jak go pisałem, czuję klimat, który temu towarzyszył.

"Małe, szare pudełeczko"

gdzieś na świecie jest pokój
zwyczajne cztery ściany
a w tym zwykłym pokoju
siedzi człowiek nieznany

siedzi przy zwyczajnym stole
na zwyczajnym stołeczku
wciąż rozmyślając
przygląda się małemu, szaremu pudełeczku

cóż takiego niezwykłego jest w tym pudełeczku
że siedzi przy nim człowiek godzinami
czy to zwykły drobiazg
czy może skrytka z klejnotami

to coś więcej niż klejnoty
zdaje człowiek sobie z tego sprawę znakomicie
siedzi przy nim i rozmyśla długo
bo to małe, szare pudełeczko to całe jego życie

są w nim zgromadzone radości i smutki
dni różnorodne przeżyte
są chwile słabości
lecz są i te znakomite

chowa w nim człowiek sny
a także w sercu głęboko wyryte marzenia
chowa w nim swoje uczucia i lęki
bo to małe, szare pudełeczko od lat się nie zmienia

czasem chce o wszystkim zapomnieć
i ze swoistą złością w kąt je rzuca
lecz po chwili znów sobie coś przypomina
i z łzą w oku nad nim kuca

bo to bezcenna życia skarbonka
czy jesteś bogaty, czy nęka cię bieda
i choćbyś bardzo się starał
to i tak małego, szarego pudełeczka opróżnić się nie da

sobota, 14 sierpnia 2010

Spojrzenie w lustro

Spojrzałem dzisiaj w lustro
Nie dostrzegłem twarzy
Mogę dostrzec kształty i rozróżnić barwy
Lecz nie widzę twarzy
Gdzie są moje myśli?
Gdzie jest moja dusza?
Szklane serce, które bije kryształowym dźwiękiem
Szklane serce, w którym płynie przezroczysta krew
Kiedy staję w oknie, w piękny letni dzień
Jestem szklaną taflą dla promieni słońca
Przeszywają mnie, by oświetlić pokój
Lecz czy oświetlają mnie?
Wolałbym być ścianą, na którą padł cień
I podkreślił smugę światła wyraźną dla oka
A na szklanej tafli nie znać światłocieni
Więc uderzam w szklane serce
Robię szklaną rysę
Z której wypłynie purpurowa krew
I popłynie szklanymi żyłami do szklanego ciała
A gdy znów mnie oświetli słońca jasny promień
Już mnie nie ominie
Będzie musiał przejść przez czerwień mojej krwi
I odbije się na ścianie kształt mojego serca
Kiedy spojrzę w lustro
Znów zobaczę twarz
I usłyszę serce
Które tłoczy purpurową krew

Eksplozja

To może jeszcze jednym się podzielę, jak już zacząłem wyciągać z szuflady... Ten powstał w trakcie ostatniego roku mojej formacji w seminarium, a więc ma kilka miesięcy.

"Eksplozja"

Umarła, umarła nadzieja.
Na prawdę już wszystko skończone.
Jak stłumiony dźwięk po eksplozji,
Brzmi w mojej głowie ostatnia rozmowa.
Ogłuszony przemierzam ulice.
Idę... choć przed chwilą wyrwało mi serce.
Chyba tylko szok pozwala kroczyć przed siebie.
Ile jednak można tak przejść?!
Nie zostaje krwawy ślad na chodniku.
Nikt nie spieszy mi na ratunek.
I krajobraz nic się zmienił.
Choć przed chwilą wybuchła bomba.
Wydzielona ogromna energia,
Która zmiata wszystko po drodze,
Zostaje wchłonięta przez życie.
Milion myśli jak oszalałe elektrony
W rozszczepianym atomie,
Kiedy życie zwycięża śmierć.

Patria

W wigilię uroczystości Wniebowzięcia Maryi i w przeddzień 90. rocznicy "Cudu nad Wisłą", kiedy Polskie wojsko zatrzymało bolszewicką nawałnicę, chcę się podzielić wierszem, który napisałem kilka lat temu:

"Patria"

A cóż to za ziemia?
Ojczysta - żyzna!
Na czarnej jej twarzy dwie bruzdy, jak blizna
widnieją, by pamięć ocalić.
Żeby historii kart nie dać spalić, ni splamić.
Żeby Jutrzenki blask widniał nad krajem,
Jak słońce, co się nad lasu budzi skrajem.
Najbardziej lubię tę ziemię majem,
Kiedy się niesie w dal Litanija,
A za nią, aż spod Grunwaldu:
Bogurodzica Dziewica, Bogiem sławiena Maryja...
"Przez Nią przyjdzie zwycięstwo!" -
wołali wielcy ludzie Kościoła.
A Ona sama woła:
"Polska Bogiem musi być silna!"
Bóg nam słup ognia i Bóg nam straż tylna.
Wiedzieli to dobrze uczniowie z Wrześni,
Kiedy za Krzyż i z Krzyżem w sercu ofiarę Narodu ponieśli.
Choć niejedni tę ziemię obcymi pługami orali,
To byli i tacy, co z jej łona powstali
I w gorączce miłości krwią własną skraplali,
By godny synów owoc wydała,
By dziś i jutro pociechę z nich miała.
Sursum corda! - wyryw się z piersi okrzyk radości.
Służmy Ojczyźnie i dla Narodu pracujmy świetności.
Nie w bitwy pożodze, lecz w trudzie codzienności.
Niech już zamilknie kto mówi: ja nic nie zmienię.
I niech się obudzi Polaków nowe pokolenie!

piątek, 13 sierpnia 2010

Radość życia ukryta w codzienności

Zawsze się radujcie... - pisze św. Paweł. Nie wiem czy potrafię się zawsze radować. Wiem jednak, że doświadczam radości życia. Czasem ukrytej w bardzo prostych, niepozornych rzeczach, spotkaniach... przypomina mi się jak pewnego dnia jechałem do spowiedzi na Krakowskie w Lublinie, do kapucynów... ile ja miałem radości zanim tam dojechałem. Wszystko mnie cieszyło: zielona trawa między dwoma pasami jezdni, niespodziewanie spotkani znajomi... Myślałem sobie wręcz, że to musiałoby strasznie głupio wyglądać z zewnątrz, gdyby ktoś widział jak może ucieszyć trawa na ulicy, którą się codziennie widzi i nie robi  ona na nikim wrażenia. A wtedy to była spontaniczna, dziecięca radość. Ile jest takich drobnych radości... 
Dzisiaj miałem odwiedziny 3-letniego chrześniaka. Ile radości sprawia przebywanie z nim: jego niesamowite miny, czasem rozbrajające, niespodziewane teksty, jego żywiołowość (kupiliśmy dzisiaj kombajn). 
Wczoraj oglądałem film: "Podróż czerwonego balonika" reżyserii Hsiao-hsien Hou. Ciekawy film o codzienności zabieganej matki i cieszącego się swoim dzieciństwem syna, dla którego ciekawe jest filmowanie niani robiącej naleśniki, co dla dorosłych wydaje się niczym nadzwyczajnym. Warto w sobie zachować świeżość spojrzenia dziecka, jego zdolność do cieszenia się prostymi sprawami, które często przestają cieszyć schowane w codzienności. 
Kiedy odprowadziłem rodzinkę na busa i wróciłem do domu, zobaczyłem, że na dywanie leży... balonik! Co prawda różowy, ale fajna sprawa. Mój chrześniak przyniósł ze sobą i zostawił. Może to wcale nie jest przypadek. Może to zaproszenie do wzięcia na poważnie przesłania wczorajszego filmu. Cieszyć się codziennością. Przecież większość naszego życia, to codzienność, czasem przecinana jakimiś "szczególnymi" wydarzeniami. Żeby mieć radość życia, trzeba się nauczyć czerpać ją właśnie z codzienności, tego niepozornego dnia, który jest "dzisiaj". Jest w codzienności naprawdę mnóstwo okazji do ucieszenia się życiem. Może warto prosić Boga o serce dziecka: proste, spontaniczne i radosne. Może czasem warto zdobyć się na odrobinę szaleństwa, pozwolić się porwać chwili, nawet gdyby ktoś obok miał się popukać w czoło. Jego strata. Nie musimy być zawsze "korekt" i mieścić się w utartych schematach.Mam całą serię zdjęć dokumentujących takie drobne szaleństwa, w których czułem wyzwalająca się radość życia. (może kiedyś zrobię galerię moich wariactw)
Jako podsumowanie jeden z moich ulubionych cytatów: 
"Człowiek rozsądny dostosowuję się do świata; człowiek nierozsądny z uporem próbuje dostosować świat do siebie. Dlatego wszelki postęp zależy od ludzi nierozsądnych". (George Bernard Shaw)

piątek, 6 sierpnia 2010

Spojrzenie pięknego Oblicza

Na Górze Tabor uczniowie mogli zobaczyć chwalebne oblicze Jezusa. Kiedy podnoszę hostię podczas konsekracji nieraz wydaje mi się jakbym widział w niej zarys oblicza Jezusa. Może to tylko jakaś gra światła, może to tylko moja wyobraźnia... nieważne, bo nie chodzi mi o tworzenie aury cudowności. Eucharystia sama w sobie jest niepojętym cudem, nawet bez dodatkowych zewnętrznych tego oznak, których i tak nie brakuje w historii Kościoła. Podobnie jak z obliczem Jezusa na całunie turyńskim, czy wizerunku z Manopello-nie muszę dochodzić naukowych przesłanek i szukać wytłumaczenia. To są ikony, które nie muszą mi udowadniać, ale mają przemawiać do mojego serca. Kiedy wpatruję się w Ciało Jezusa spoczywające w moich dłoniach to widzę, przede wszystkim oczyma wiary, prawdziwe, piękne oblicze Jezusa. Patrzę na Niego i wiem, że On patrzy na mnie, patrzy na tych wszystkich ludzi, którzy się zgromadzili w kościele... patrzy też z tęsknotą w stronę tych, którzy nie przyszli i długo już nie przychodzą. To jest niesamowite... wzrok Jezusa skierowany właśnie na mnie. 
Przypomina mi się słowo, które dostałem podczas jednych z rekolekcji oazowych: "Nie martw się - mówi Pan, który na ciebie patrzy". To było niesamowite uderzenie. On na mnie patrzy. Bóg pełen chwały, potęgi, który obejmuje cały świat, sam zaś jest niepojęty... On teraz patrzy właśnie na mnie. Jestem dla Niego ważny. Niesamowite.
Piękne są te momenty w Ewangeliach, kiedy Jezus spotyka się wzrokiem z drugim człowiekiem. Właśnie to jest piękne, że w Jego spojrzeniu ukryte jest spotkanie i to spotkanie w Miłości. Czyż nie jest piękną scena, kiedy Jezus szuka wzrokiem kobiety, która dotknęła się Jego płaszcza i została uzdrowiona z krwotoku? Inni mówili Mu, że to bez sensu, bo tłum jest wielki i nie ma co szukać, kto się Go dotknął, bo to mógł być każdy. Ale dla Jezusa nie ma tłumu i jakiegoś "każdego". On szukał właśnie jej. Chciał spojrzeć właśnie w jej oczy. I dostrzegł ją. Spojrzeli na siebie. Dokonało się spotkanie. Jezus nie chciał być automatem do cudownych uzdrowień, chciał być kimś bliskim dla tej kobiety. Zależało Mu na osobistej relacji z nią. Musieli więc spojrzeć sobie w oczy, aby stać się bliskimi sobie. To było ważniejsze niż uzdrowienie. To było dopiero prawdziwie uzdrawiające dotknięcie Miłości.
Albo Zacheusz, który tak bardzo chciał zobaczyć Jezusa, że się na sykomorę wdrapał... I Jezus nie przeszedł obojętnie obok. To On go dostrzegł, spojrzał na niego i poszedł do niego w gościnę, podczas której powiedział: "Dziś zbawienie stało się udziałem Twojego domu". Spojrzenie-spotkanie, a potem wejście Jezusa do domu, do wnętrza-bycie mieszkaniem Boga - to jest właśnie udział w zbawieniu.
"Oto wpatruję się Ciebie w świątyni, by dostrzec Twoją chwałę"-mówi Psalmista. Pozwól mi wpatrywać się w Twoje piękne Oblicze w świątyni mojego serca napełnionego Twoją obecnością.

środa, 4 sierpnia 2010

Serce Pasterza

Wspomnienie św. Jana Marii Vianney'a  (patrona zakończonego w czerwcu Roku Kapłańskiego) staje się okazją, aby podzielić się krótko moim odkrywaniem kapłaństwa. Ewangelia przewidziana na dzień wspomnienia pokazuje najpierw Jezusa, który jest Pasterzem, Pasterzem o sercu wrażliwym, litującym się nad ludzką biedą. To On sam obchodzi "okoliczne wsie i miasta", aby głosić "Ewangelię Królestwa", leczyć ze "wszystkich chorób i słabości". Jezus nie może tego nie czynić. Nie może, bo nie pozwala Mu na to kochające Serce. To Serce jest jedynym "ograniczeniem" Jezusa - nie pozwala Mu być obojętnym i biernym. On jest cały dla... cały jest darem z siebie, darem Miłości. Dopiero po ukazaniu Jezusa - Dobrego Pasterza, Ewangelia mówi o tym, że przywołał On do siebie Dwunastu i posłał ich, aby czynili to, czego On sam dokonywał. Jeśli kapłaństwo, to nie spojrzenie na kapłana, ale na Jezusa. To On chce przychodzić do poranionych i ubogich naszych czasów. Różne są dzisiejsze biedy: materialne i duchowe. Jezus chce być pośród tej biedy, chce być pośród swojego ludu, pośród swoich przyjaciół. 
To chyba najważniejsze w misji kapłana - pozwolić Jezusowi być pośród swoich. Ja sam z siebie nie mam nic do dania ludziom, mam tylko jeden skarb złożony w kapłańskim sercu - Jezusa. Mogę dawać Tego, który ma wszystko to, czego potrzebują ludzie. Kiedy staję przy ołtarzu mówię: Oto Ciało Moje... Oto kielich Krwi Mojej... przecież nie Łukasza Kachnowicza, ale Jezusa Chrystusa. A jednak On sam tak się ze mną utożsamia przez łaskę święceń, że jest jedno - Moje. Kiedy siedzę w konfesjonale, to nie Łukasz Kachnowicz odpuszcza grzechy, choć mówię: Ja odpuszczam ci grzechy... To się dokonuje w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. To Jezus ma moc gładzić grzech, nie ja. A jednak pozwala mi powiedzieć: Ja odpuszczam. Te odkrycia prowadzą do pokory i do właściwego ustawienia swojego życia - Jezus w centrum, zrobić jak najwięcej miejsca dla Jezusa. Jednocześnie prowadzą do zachwytu - w takim kruchym, słabym i grzesznym naczyniu Bóg złożył takie skarby, w sumie jeden Skarb - siebie samego złożył. Wrażliwe Serce Jezusa chce okazywać Miłość przez ludzkie serce kapłana. 
To przypomina mi Wigilię Paschalna pewnego roku, kiedy służyłem w asyście biskupiej w katedrze lubelskiej. Wyszliśmy po Eucharystii z procesją rezurekcyjną na plac katedralny. W pewnym momencie z Najświętszym Sakramentem, przy radosnych śpiewach wielkanocnych przechodziliśmy obok ławki, na której była para bezdomnych: mężczyzna był kompletnie pijany, a kobieta widząc przechodzącą procesję nerwowo starała się go obudzić. Oboje brudni, totalnie zaniedbani. Pomyślałem sobie: jak to jest, my tu idziemy świętując Zmartwychwstanie, a ci ludzie... kiedy Jezus Zmartwychwstanie u nich? Po jakimś czasie dostałem odpowiedź na to pytanie, usłyszałem gdzieś w sercu: zmartwychwstanie, jeśli ty, go im dasz Zmartwychwstałego. Przez ciebie może się to dokonać w ich życiu. Nie potrafię odnaleźć już tamtych ludzi, ale nie brakuje ich wszędzie, na co dzień... tych, do których wyrywa się kochające Serce Jezusa, które widzi, że są jak owce nie mające pasterza. On chce być dla nich Pasterzem, także przez nas, przeze mnie. Obyśmy mieli serca wrażliwe na pragnienie Serca Jezusa i na naszych braci.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Błogosławieni wielkiego serca...

Wracam myślą do Dnia Wspólnoty, który przeżywaliśmy podczas rekolekcji oazowych pod koniec lipca w Krasnobrodzie. Osobiście bardzo ważna dla mnie była Godzina Odpowiedzialności i Misji, której po raz pierwszy mogłem przewodniczyć. Odnosząc się do fragmentu Listu do Rzymian (12, 17-21) oraz do Ewangelii osądzenia Jezusa przed Piłatem (J 18, 33-37) starałem się ukazać kontekst współczesnej misji młodych ludzi, którzy spotkali na swojej drodze Jezusa. Jesteśmy posłani do świata, w którym "możni spiskują" przeciwko życiu. Faktycznie, kiedy przyjrzymy się uważnie, to dostrzeżemy, że nie tylko indywidualne grzechy (także moje), ale całe systemy politycznych i prawnych decyzji uderzają bardzo mocno we współczesnego człowieka. Niech przykładem będą rządy w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Brukseli. Jaka wobec tego powinna być nasza postawa? Jesteśmy wezwani do buntu, młodzieńczego buntu przeciwko złu. Wsłuchując się w słowa św. Pawła uświadamiamy sobie jednak, że nasz bunt nie ma być buntem tego świata. Nie zbrojnym wystąpieniem, nie reakcją agresji, nie odwróceniem się, ani potępieniem.  Każdy z nas powinien być Bożym buntownikiem wobec zła. Jezus w ostatnich godzinach męki pokazuje nam drogę tego buntu.Ma to być bunt miłości! Miłości, która cicha jest, pokorna jest. Jezus - cichy i pokorny Baranek nie złorzeczy swoim oprawcom, nie przeklina grzeszników, których grzechy przybijają Go do Krzyża. Milczenie Jezusa, to nie akceptacja grzechu, to nie tolerancja wobec zła. Jego milczenie jest wypełnione Miłością, która zwycięża zło. Krzyż jest jedynym znakiem zwycięstwa. Zwycięstwa Miłości, która ma moc przemieniać życie. Jeśli chcę więc być odpowiedzialny za swoje życie, za życie moich bliskich, przyjaciół, Narodu, to muszę stanąć pod Krzyżem. Muszę przyjąć Miłość płynącą z Krzyża i dzielić się nią z innymi, nawet z nieprzyjaciółmi i prześladowcami. Serca napełnione Miłością i promieniujące Miłością. Oto program misji uczniów zasłuchanych w głos Pana. Podjęcie dobrowolnej abstynencji w intencji ludzi pogrążonych w złu alkoholizmu, ludzi dotkniętych tym złem - to konkretny wyraz Miłości, którą możemy okazać naszym braciom i siostrom. Miłość jest konkretna, to nie gadanina, to postawa i czyn. Najgłębszy sens Krucjaty Wyzwolenia Człowieka odnajdujemy więc w Krzyżu, który jest mocnym, konkretnym wyrazem Bożej Miłości do człowieka. Jesteśmy zaproszeni, aby wejść w to samo doświadczenie Miłości.
Kiedy patrzyłem na młodych ludzi idących w procesji, aby złożyć swoje deklaracje KWC, deklaracje czynu Miłości, to byłem autentycznie wzruszony. Liczą się z tym, że w swoich środowiskach mogą spotkać się z niezrozumieniem, może nawet odrzuceniem, a jednak idą przed siebie, aby dać serce. Błogosławieni wielkiego serca. Oni są konkretnym znakiem Bożego działania. Zachwycają mnie i budują! Oby ich światło odważnie świeciło pośród rówieśników i rodzin. Niech będą błogosławieństwem dla swoich środowisk!

niedziela, 1 sierpnia 2010

Na początek...

Witajcie!
Dwa miesiące po święceniach kapłańskich... błogosławiony czas! Codzienna Eucharystia, podczas której, w imieniu Chrystusa, wypowiadam: To jest Ciało moje... to jest Krew moja... i Król królów, Pan zastępów staje pokorny, ubogi w kawałku chleba pomiędzy swoim ludem, aby stać się Pokarmem. Niesamowite i niepojęte! Sakrament pokuty i pojednania, w którym wspaniała i rozrzutna Miłość Boża gładzi grzechy, żeby odkryć prawdziwe oblicze dziecka Bożego... i Bóg posługuje się mną - jednym z grzeszników. Niesamowite i niepojęte!
W drugiej połowie lipca pełniłem posługę moderatora podczas rekolekcji Oazy Nowej Drogi II st. w Księżomierzy. Drugiego dnia odkryłem coś szalenie ważnego dla mojego przeżywania kapłaństwa: podczas adoracji Najświętszego Sakramentu uświadomiłem sobie głęboką prawdę o tym, że istotą mojego powołania jest ojcostwo. Ojcostwo, które ma swoje źródło i wypełnienie w ojcostwie Boga Ojca. Ojciec chce być przeze mnie ojcem dla swoich dzieci. I ma ogromne pragnienie błogosławić swoim dzieciom. Szalenie ważne jest błogosławieństwo Ojca! Dla Niego i dla nas. Rodzić do życia wiary, otaczać opieką rodzące się życie, wychowywać do dojrzałości chrześcijańskiej, poszukiwać tych, którzy się zgubili, cieszyć się każdym, choćby najdrobniejszym i najbardziej ukrytym, pięknem ludzkiego serca. Szczególnie wśród młodych. Wydobywać dobro i piękno - ukazywać je jako dobrą nowinę o człowieku, której uczy nas Jezus. Do takiego kapłaństwa-ojcostwa zaprasza mnie Bóg. Wspaniale!
Mam nadzieję, że ten blog będzie okazją do przyjacielskiej rozmowy z wieloma młodymi ludźmi.
Na koniec pierwszego wpisu hasło chasydów, które bardzo przypadło mi do gustu: "Nie wolno się starzeć!" I jego chrześcijańskie wypełnienie: Można być zawsze młodym, jeśli trwa się w młodości Boga. Bóg jest wiecznie młody.